Króliczek i 5G na cmentarzu

Najważniejsze | Newsy
Dodaj opinię
Opinie: 0
Króliczek i 5G na cmentarzu

Do tej pory moje artykuły poświęcone były szeroko pojętej tematyce 5G (można je przeczytać tutaj i tutaj).  Tym razem tematyka będzie podobna, ale podana trochę inaczej i nie do końca na serio.  

Czy słyszeliście o Króliczku? Zapewne większość z Was lubi te urocze zwierzaki. Tym razem jednak chodzi o króliczka telekomunikacyjnego, a konkretnie o usługę zwana Rabbit

Był rok 1992 i w Wielkiej Brytanii działały dwie analogowe (1G) sieci telefonii komórkowej Vodafone i Cellnet. Operatorzy byli w trakcie uruchamiania ich cyfrowych wersji - pierwszych na świecie pracujących w nowej technologii GSM (2G). Telefony komórkowe nadal były bardzo drogie i w związku z tym niedostępne dla dużej części społeczeństwa.  Nadal popularne były pagery – niewielkie urządzenia umożliwiające jednostronną komunikację za pomocą wiadomości tekstowych. Klienci chcieli jednak rozmawiać i to jak najtaniej….

Próbą odpowiedzi na rosnące potrzeby społeczeństwa były systemy typu Telepoint. Cóż to takiego? Abonent otrzymywał niewielki przenośny telefon oraz stację bazową podłączaną do zwykłej linii telefonicznej. Dopóki telefon działał w zasięgu „swojej” stacji zachowywał się jak zwykły bezprzewodowy aparat stacjonarny. Poza domem korzystał ze stacji publicznych zlokalizowanych na stacjach kolejowych, centrach handlowych, w hotelach itp.

W Wielkiej Brytanii było czterech operatorów tego typu usług. Jednak to właśnie Rabbit najbardziej zapisał się w historii. Jego założycielem było konsorcjum Hutchison Whampoa - to samo, które przyczyniło się do powstania sieci Orange i Three.

W porównaniu z klasyczną telefonią komórkową usługi podlegały wielu ograniczeniom. Nie było połączeń przychodzących, a podczas rozmowy nie można było przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi stacjami. Ze względu na ograniczenie mocy nadawania do 10 mW zasięg każdej z nich mógł wynosić maksymalnie 150-200 metrów co nasuwa porównanie z dzisiejszymi hot spotami WiFi. Zamiast jednak charakterystycznego znaczka na drzwiach kawiarni czy sklepu szukało się napisu Rabbit wraz z odwróconą literką R. Dość popularne było posiadanie pagera i „króliczego” telefonu. Po otrzymaniu komunikatu można było poszukać stacji bazowej gdzieś w pobliżu i oddzwonić. To nie zawsze się udawało, gdyż stacja mogła obsłużyć jedynie dwa połączenia naraz. Ceny połączeń były równe z tymi z automatów, nie bez powodu więc Rabbit był nazywany „budką telefoniczną w Twojej kieszeni”. Dawało to spore oszczędności w porównaniu z telefonami komórkowymi, gdzie połączenia były około cztery razy droższe. 

Początkowo zasięgiem stacji bazowych pokryte zostało ścisłe centrum Manchesteru. Używany był standard CT2 będący prekursorem dzisiejszego DECT. Plany zakładały wybudowanie 12000 „hot spotów” i zagwarantowanie każdemu mieszkańcowi większego miasta dostępność usług w odległości nie większej niż dystans 2 minut spacerem. Charakterystyczne znaczki Rabbit pojawiały się wszędzie: na fasadach sklepów, peronach dworców kolejowych, pokryto też niektóre odcinki autostrad. Próbowano złagodzić nieco brak rozmów przychodzących poprzez wprowadzenie (za dodatkową opłatą) usługi poczty głosowej i specjalnego pagera. Przypominał on długopis, a jego jedyną funkcją było alarmowanie za pomocą świecącej diody i dźwięku o pozostawionej wiadomości. 

Niestety przewidywania Hutchisona nie sprawdziły się. Początkowy przyrost bazy abonenckiej okazał się zjawiskiem chwilowym. Pojawiła się silna konkurencja – pierwszy na świecie operator DCS 1800 Mercury one2one oferujący darmowe rozmowy poza szczytem. Dodatkowo pozostałe sieci komórkowe wprowadziły znaczne obniżki cen w swoich taryfach analogowych. Ich ogólnokrajowy zasięg i możliwość przyjmowania połączeń przychodzących ostatecznie pogrzebały ideę usług Telepoint i zabiły Króliczka. W chwili zamknięcia sieci w 1993 roku miała ona zaledwie 2000 użytkowników. Cały projekt utrzymał się na rynku jedynie 20 miesięcy. 

W wielu miejscach brytyjskich miast można nadal natknąć się na charakterystyczne znaczki z niebieskim Króliczkiem. Mało kto wie jakie było ich znaczenie – tymczasem są to niemi świadkowie rewolucji telekomunikacyjnej sprzed 28 lat. Rewolucji, która poprzez swoją klęskę znacznie zwiększyła dostępność usług telefonii komórkowej dla każdego. 

W angielskich domach pozostało też sporo telefonów i stacji bazowych. Wiele z nich nadal jest w użytku, a ich właściciele chwalą niezawodność i bardzo dobry zasięg.  

Tymczasem po tej nieco sentymentalnej podróży w przeszłość powróćmy do czasów współczesnych a konkretnie do zeszłego piątku, czyli 28 lutego 2020 roku. Tego dnia najmłodszy i najmniejszy z brytyjskiej czwórki operatorów, a zarazem również „dziecko” Hutchison Whampoa - Three - uruchomił komercyjne 5G czyniąc Wielką Brytanię pierwszym krajem z nową technologią dostępną we wszystkich działających sieciach komórkowych. 

Już od dłuższego czasu strona operatora pełna była hucznych zapowiedzi utrzymywanych w podobnym tonie jak u konkurencji. Superszybkość, rewolucja w telekomunikacji - skąd my to znamy… Analitycy rynku mieli jednak powód, żeby zapowiedzi Trójki traktować trochę bardziej poważnie. A było nim aż 140 Mhz pasma radiowego. Ta ilość mogła przemienić operatora z najgorszym zasięgiem i jakością usług w lidera miażdżącego konkurencję. Inne atuty to nowoczesna sieć szkieletowa w chmurze, brak dodatkowych opłat, dostępność 5G w ofertach na kartę a także zasięg w aż 66 miejscowościach. Konkurencja powinna zacząć się martwić… 

No właśnie zasięg… przecież gdyby wszystko poszło tak wspaniale to nie pisałbym tych słów.  Pamiętacie, jak narzekałem na pokrycie 5G w O2? Otóż w przypadku Three jest znacznie, znacznie gorzej. Cały Londyn to kilkanaście kropeczek, zapewne pojedynczych BTSów z kilkoma większymi plamkami oznaczającymi klastry, bądź nadajniki większej mocy. Licząc po skali mapy mają one 100-150 metrów średnicy.  W innych miejscowościach wcale nie jest lepiej. Owe „kropeczki” z 5G występują w bardzo dziwnych miejscach typu parking przy autostradzie, rezerwat przyrody czy cmentarz. Brakuje zasięgu w centrach miejscowości, przy głównych deptakach handlowych czy stacjach kolejowych. To są naprawdę pojedyncze niewielkie obszary, które śmiało można by nazwać „Hot Spotami 5G”.  Czy to nie nasuwa skojarzeń z Rabbit? Zamiast szukać „króliczka” żeby zadzwonić do mamy, trzeba szukać 5G, by szybko wysłać jej filmik 4K lub pograć pasjansa w wirtualnej rzeczywistości. Brakuje jeszcze tylko naklejek na bramie do cmentarza „Tu jest 5G” i punktów POI w nawigacji z lokalizacjami objętymi zasięgiem piątej generacji.

Jak już wiele razy wspominałem nie jest moim celem bezlitosne znęcanie się nad 5G, o co część Czytelników mnie oskarża. Rozumiem, że początki bywają trudne. Lecz nie rozumiem jak poważne firmy, właściciele gigantów telekomunikacyjnych mogą robić w przysłowiowego „konia” swoich klientów.  Czy w Polsce 5G będzie wdrażane w ten sam sposób? 

Pytaniem tym chciałbym zakończyć temat 5G i rozpocząć cykl artykułów na temat brytyjskiego rynku telekomunikacyjnego i jego porównania do polskiego. W kolejnych odcinkach poruszę rożne kwestie od historii, infrastruktury i jakości usług, po ceny czy uwarunkowania ekonomiczne.  

Chętnie też podejmę tematy zaproponowane przez Czytelników. Zapraszam do gorących dyskusji i zadawania pytań.

Opinie:

Rekomendowane:

Akcje partnerskie: