Polska versus Wielka Brytania – infrastruktura telekomunikacyjna – nasza analiza

Najważniejsze | Newsy
Dodaj opinię
Opinie: 0
Polska versus Wielka Brytania – infrastruktura telekomunikacyjna – nasza analiza

Dziś porozmawiamy o naszej narodowej przypadłości, czyli narzekaniu. Narzekamy na wszystko: pogodę, sąsiadów, korki, polityków (mamy powody) i służbę zdrowia. Często też porównujemy się z tzw. „zachodem”. Zapominamy o wielu dziedzinach, w których naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Jedną z nich jest infrastruktura telekomunikacyjna.

Polska jeszcze niedawno zacofana z ograniczonym dostępem do Internetu, a nawet telefonii stacjonarnej może z kimś konkurować?  Jak najbardziej - na przykład z Wielką Brytanią!

Miedziany światłowód

Zacznijmy od usług stacjonarnych. Wielka Brytania jako kraj bardzo bogaty od dawna miała duże zagęszczenie linii telefonicznych. Telefon znajdował się praktycznie w każdym domu, a prawo wymuszało (i do tej pory to robi) instalację budek telefonicznych w każdym miejscu z zabudową mieszkalną. Wydawałoby się, że jest to zaleta, a ciągnięcie linii w każdy zakątek wyspy zaowocuje. Niestety to co sprawdzało się 50 czy 100 lat temu nie do końca działa w XXI wieku. Stare miedziane kable kiepsko radzą sobie z ruchem internetowym. Paradoksalnie im bogatsza okolica tym gorzej. W wielu bardzo drogich dzielnicach Londynu i Edynburga istnieje problem z dostępnością szybkiego Internetu, a na wsiach i przedmieściach z relatywnie nową siecią telekomunikacyjną można mieć światłowód. Przy czym „światłowód” nie oznacza tu typowego FTTH, lecz tzw. „Fibre Broadband” FTTC (Fibre To The Cabinet). W takim modelu jedno „światełko” doprowadzone jest do skrzynki rozdzielczej na rogu ulicy, a ostatni odcinek realizowany jest za pomocą istniejących kabli telefonicznych. Zasięg „prawdziwego” FTTH to obecnie około 15% gospodarstw domowych, przy czym jest to usługa w Wielkiej Brytanii bardzo droga i mało powszechna. Na szczęście sytuacja powoli się zmienia. Właściciel infrastruktury BT OpenReach powoli modernizuje kolejne obszary, lecz potrwa to jeszcze dobrych parę lat. A należy pamiętać o gigantycznych problemach z fragmentami instalacji znajdujących się w nieruchomościach prywatnych, za które operator nie odpowiada. Powoli rozwijają się inicjatywy lokalnych samorządów, które na własną rękę lub przy wsparciu rządu organizują na swoim terenie własne sieci - najczęściej w pełnym FTTH.

Nadzieja w kablówkach

Odwieczne problemy z infrastrukturą telekomunikacyjną a także niechęć BT do dzielenia się nią z innymi podmiotami spowodowały, iż na przełomie wieków wiele lokalnych firm zaczęło kłaść własne kable. Do tej pory zdarza się w niektórych miejscach widzieć 2-3 osobne łącza telefoniczne z których żadne już nie działa. Oprócz zwykłych linii telefonicznych zaczęto też stosować kable koncentryczne budując sieci HFC identyczne z naszymi kablówkami. Zasięg ich obejmował nie tylko blokowiska w dużych miastach, ale też mnóstwo małych miasteczek czy wiosek z zabudową jednorodzinną. Jak zwykle poszkodowany był bogaty centralny Londyn, gdzie przy zabytkowej zabudowie i braku studzienek i kanałów technicznych kładzenie okablowania było bardzo trudne.   Po pewnym czasie sieci kablowe zostały wykupione przez obecnego monopolistę, czyli Virgin Media. Aktualnie firma działa na bardzo dużych obszarach kraju deklasując konkurencję, w kwestii osiąganych prędkości które w niektórych miejscach zaczynają dorównywać tym osiąganym w polskich sieciach UPC czy Vectra. Szybka modernizacja sieci podobnie jak w Polsce zmierza w stronę modelu „deep fiber” czyli kablowej wersji FTTC.

Najbogatsi mają problem

A co z owymi bogaczami z nieszczęsnego Londynu, zapytacie? Niedawno widziałem do tej pory działające łącza ISDN (czy w Polsce ktoś to jeszcze pamięta?) lub sieci „osiedlowe” gdzie kilku właścicieli nieruchomości wspólnie opłacało drogie łącza dzierżawione.  Kilka lat temu powstał również operator, którego usługi obejmujące tylko centralny Londyn bazują na sieci 4G LTE w nietypowym paśmie 3.6 Ghz. Usługa zwana „Relish” nie posiada limitu transferu danych i sprzedawana jest ze stacjonarnym routerem Wifi. Niedawno firma została wykupiona przez sieć Three i obecnie nazywa się „Three Broadband”.

Na koniec warto wspomnieć, że w UK nadal istnieją operatorzy Dial-Up. Ich klienci to osoby mieszkające w bardzo odległych obszarach Szkocji czy Kornwalii bez zasięgu telefonii komórkowej oraz innych opcji dostępu do sieci.

Koniec tradycyjnej stacjonarki

Tymczasem rok 2025 to planowany koniec tradycyjnej sieci PTSN w Wielkiej Brytanii. Do tego czasu usługi oparte na tradycyjnych łączach telefonicznych zastąpione zostaną cyfrowymi. Mowa tu o rozwiązaniach SOGEA (Single Order Generic Ethernet Access) oraz szybszej odmianie SOGFAST bazujących na dotychczasowym FTTC. Tam, gdzie nie dotarł jeszcze światłowód przewiduje się rozwiązanie tymczasowe SOTAP oparte na ADSL.

Z punktu widzenia użytkownika końcowego zmiany są dość istotne. Przestaną działać wszelkie usługi oparte na analogowej sieci telefonicznej. Tradycyjne aparaty stacjonarne, terminale płatnicze, faksy, alarmy. Aby zachować ciągłość ich działania konieczna będzie migracja do modelu VoIP (dla usług głosowych) oraz OTT IP (Over The Top) w SOGEA.

Jak to będzie wyglądać w praktyce? W przypadku Internetu oraz telefonu stacjonarnego ten drugi nie będzie już podłączany bezpośrednio do gniazdka w ścianie, lecz do routera SOGEA, który będzie jednocześnie bramką VoIP.  Dla użytkowników, którzy nie potrzebują Internetu, ale mają którąś z usług do tej pory korzystających z sieci telefonicznej przewidziano wariant SOGEA SLB (Symetric Low Bandwich 512kbps). Pomiędzy dotychczasowy aparat telefoniczny, terminal płatniczy czy alarm wpięte będzie niewielkie urządzenia będące w istocie modemem DSL i bramką OTT lub VoIP. Rola dotychczasowej linii telefonicznej ograniczy się do „kabla z Internetem”.  

W komórkach brakuje pasma

Z technicznego punktu widzenia usługi mobilne w UK nieco różnią się od polskich. Przyczyn należy szukać jeszcze w latach 80-tych, gdy na brytyjskim rynku pojawiły się pierwsze sieci Cellnet i Vodafone. W latach 90tych zadebiutował GSM900 z sukcesem wprowadzony u obu operatorów. Niedługo potem powstały pierwsze na świecie sieci w nowym standardzie GSM1800: Orange oraz One2One. Już wtedy uwydatnił się podział na operatorów niskich oraz wysokich częstotliwości. Ci pierwsi z łatwością mogli oferować swoje usługi na terenie całego kraju korzystając z istniejących wież systemów analogowych oraz nadajników dużej mocy. Ci drudzy nie dość, że musieli budować całą infrastrukturę od nowa to ograniczała ich maksymalna wielkość komórki i moc standardu GSM1800. Nic dziwnego, że zasięg można było znaleźć głównie na terenie miast, ale czynnikiem zachęcającym była cena.  Inaczej też budowano same sieci. GSM1800 to głównie małe maszty ustawione bardzo gęsto, zwłaszcza w dużych skupiskach ludzkich np. w Londynie, gdzie na co drugim skrzyżowaniu stoi taka „latarnia”. Przez lata zmieniały się technologie i generacje, a ów nieszczęsny podział wciąż miał się dobrze. Przetrwał zmiany właścicieli, marek, a nawet konsolidację, w wyniku której T-Mobile łącząc się z Orange dało początek sieci EE. Na początku XXI wieku do grona operatorów wysokich częstotliwości dołącza Three z siecią UMTS 2100 i tymi samymi problemami.  Tak naprawdę dopiero kilka lat temu przy aukcji LTE coś się zmieniło. EE oraz Three otrzymały po kawałku zasięgowego pasma 800 MHz. Czy rozwiązało to problem? Nie do końca. Pozostaje bowiem kwestia połączeń głosowych. W wielu miejscach LTE 800 jako najlepiej "penetrujące" bywa jedyną dostępną technologią („najbliższe” GSM1800 jest prawie gigaherc „wyżej”), co sprawia, że telefony bez VoLTE pozbawione są możliwości dzwonienia.   By zapobiec takim sytuacjom EE i Three blokują dostęp do zasięgowych pasm LTE urządzeniom i kartom SIM bez aktywnego VoLTE. To na przykład wszyscy użytkownicy usług prepaid z nieobsługiwanymi telefonami i goście roamingowi. Mówiąc ogólnie – zasięg zależy od typu abonamentu oraz telefonu, którego się używa.  W Polsce jest to raczej nie do pomyślenia. Problem ten nie występuje w O2 oraz Vodafone, jako że mają oni do dyspozycji istniejące pokrycie GSM900. Podróżując po szkockich górach lub wrzosowiskach Kornwalii często dostępna będzie kombinacja GSM900+LTE800.

Zasięg to loteria

Jeśli zaś mowa o zasięgu to w UK bywa z nim bardzo różnie. Poza miastami sporo jest okolic, gdzie oprócz niestabilnego 2G nie ma nic. Czasami nawet 2G brak, zwłaszcza na północy Szkocji. Mieszkańcy polegają tam na telefonach stacjonarnych, a budowa stacji bazowej w okolicy jest niemalże świętem.  To głównie w takich miejscach widoczna jest wspomniana różnica między sieciami – wszak zasięg pojedynczej komórki GSM900 to około 37 km a PCN jedynie 8 km. Do tego dochodzi mnóstwo przeszkód terenowych, lasów i grubych ścian wiejskich posiadłości. Ogólnie O2 oraz Vodafone zdecydowanie wygrywają w takich miejscach, choć ich zasięgi trudno nazwać dobrymi. Bardzo różnie bywa z transmisją danych. Ze względu na duże odległości, radiolinie a nawet i łącza satelitarne, których używa się do podłączanie BTSów do sieci szkieletowej prędkości i opóźnienia bywają fatalne. Odwrotna sytuacja jest w dużych miastach, gdzie istotna jest pojemność. Dotyczy to zwłaszcza Londynu, z jego 8 milionami mieszkańców. Tutaj EE ze swoimi pasmami 800, 2x1800, 2100, 2600 zdecydowanie wygrywa. Inne sieci by obsłużyć ruch abonencki muszą posiłkować się nietypowymi częstotliwościami LTE 1500 czy LTE 2300 choć i to nie zawsze pomaga. Dużym krokiem na przód, jeśli chodzi o pojemność okazało się wprowadzenie 5G. Niekwestionowanym liderem znów okazuje się EE, które dzięki odziedziczonej po T-Mobile i Orange gęstej siatce nadajników zapewnia niemalże ciągłe pokrycie nowym standardem. To dużo więcej niż dziurawy zasięg Vodafone i punktowy O2 i Three. Sieć 5G szczególnie przydaje się w zatłoczonych londyńskich dworcach kolejowych, lotniskach i centrum, gdzie do tej pory korzystanie z mobilnego Internetu było dość problematyczne. Obecnie jest z tym znacznie lepiej.

Wyłączamy 3G

W UK, podobnie jak w Polsce, coraz częściej mówi się o wyłączaniu sieci 3G. Już teraz ich obecność jest mocno okrojona i w przypadku O2 i Vodafone ogranicza się do jednej nośnej WCDMA900, a w EE i Three WCDMA2100. Ze względu na obciążenie transmisja danych w tej technologii jest w zasadzie niemożliwa, a jej obecność służy głownie do rozmów w CSFB. Planowany termin refarmnigu i ostatecznego pożegnania UMTS to 2023 rok, jednak już teraz mówi się, że jest to mało realne. Problemem jest mała dostępność VoLTE (zwanego tu 4G Calling) zwłaszcza w MVNO i usługach na kartę. Krótka jest też lista obsługiwanych telefonów. Istnieje więc duże ryzyko, że sieci 2G już teraz utrzymywane w szczątkowej formie nie wytrzymają dużego obciążenia rozmowami.

2G zostaje

Obecnie nie planuje się wyłączenia technologii 2G. Powodów jest sporo, a najpoważniejszy z nich to duża liczba białych plam i obszarów trudno dostępnych, gdzie jest to jedyna sprawdzająca się technologia. Do tego wspomniana już mała powszechność VoLTE i duża liczba prostych słuchawek 2G (zwłaszcza w rękach seniorów). Pamiętajmy także o licznikach prądu, bankomatach i terminalach płatniczych. Mówi się za to o powołaniu jednego wspólnego podmiotu, który zajmie się utrzymaniem 2G.

Temat małych stacji bazowych wiecznie żywy

W związku z niezbyt dobrym pokryciem zasięgiem w UK jeszcze do niedawna dość sporą popularnością cieszyły się miniaturowe stacje bazowe femtocells. Za niewielką opłatą otrzymywało się od operatora urządzenie zapewniające stabilny zasięg 3G dla wybranych kart SIM w całym domu lub mieszkaniu. Jedynym wymaganiem było posiadanie łącza internetowego o przepustowości minimum 1Mbps. Niestety obecnie odchodzi się od tego typu rozwiązań na rzecz VoWiFi. Jedynym operatorem, który oferuje pomoc w przypadku słabego zasięgu jest EE, lecz dotyczy to jedynie mobilnego Internetu. Chodzi o możliwość instalacji anteny zewnętrznej lub zestawu przypominającego IDU-ODU Plus.

Pewną odmianą femtocells są tzw. „community cells”. Są to niewielkie mikrokomórki 2G/3G/4G, które operator umieszcza np. w centrum wioski opierając się na istniejącym łączu internetowym udostępnionym przez samorząd lub nawet osoby prywatne. Vodafone oraz EE swego czasu zainstalowały dużą liczbę takich urządzeń, a wybór miejsc dokonywał się na zasadzie konkursu – wniosek składany był przez lokalną społeczność.  Zaletą był niewielki koszt i brak formalności koniecznych przy stawianiu klasycznego masztu. Wadą – ograniczona funkcjonalność, praktycznie tylko do rozmów głosowych i niewielki zasięg porównywalny z WiFi. W przeciwieństwie do prywatnych femtocells te są dostępne dla każdego abonenta danej sieci i pomimo swoich wad pozostają pewnym rozwiązaniem dla niewielkich wiosek zagubionych gdzieś na odludziu.

Przyszłość jest teraz

Czy najbliższa przyszłość może przyczynić się do istotnych zmian na lepsze? Pomimo różnych inicjatyw lokalnych władz i samego rządu trudne warunki terenowe oraz duża liczba słabo zaludnionych obszarów znacząco utrudniają postęp. Do niedawna wydawało się, że pewnym rozwiązaniem może być zasięgowe pasmo NR28, 700 MHz. Okazuje się, że przynajmniej nie do czasu, gdy upowszechni się 5G SA. Obecnie jak wiadomo 5G musi towarzyszyć LTE jako „kotwica”. W przypadku NR28 idealne do tego celu wydaje się 800 MHz. I tu wynika trudność, gdyż większość współczesnych telefonów o ile wspiera NR28 o tyle nie „zakotwiczone” w B20. Jaki więc ma to sens? Niewielki. Po co bowiem budować zasięg dla bardzo ograniczonej liczby urządzeń? Rozwiązaniem będą sieci SA wraz z VoNR.

A na razie będąc w Walii czy szkockich górach cieszmy się przyrodą, śpiewem ptaków i szumem wiatru.  I wspomnijmy nasze polskie sieci z dobrym zasięgiem i znacznie lepszymi prędkościami. Bo na tym polu naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

W następnej części tego cyklu przyjrzymy się ofertom brytyjskich operatorów telekomunikacyjnych i porównamy je z polskimi.

Opinie:

Rekomendowane:

Akcje partnerskie: